Asia: Nasza podróż, jak wszystko w życiu, zaczęła się od decyzji, ale kiedy ta decyzja zapadła, to trudno powiedzieć, bo to był długi proces – nie jest prostą sprawą wybrać się z bardzo małym dzieckiem w świat.
Miałam doświadczenie w samotnych, jak i w niskobudżetowych podróżach, natomiast nie miałam pojęcia, jak to ma wyglądać z małym dzieckiem. I dobrze, bo nie wiem, czy bym się wybrała.
Asia: Tak, miałam plan. Chciałam kupić samochód, jakiś rodzaj żuka, ogórka lub transportera i zrobić tam sobie dom. Miałam kupić samochód, uwić tam sobie gniazdko i ruszyć w świat. Jeszcze w Polsce trafiłam na przemiłego Peruwiańczyka, któremu ten pomysł strasznie się spodobał. Pochodził z rodziny mechaników i zaoferował mi pomoc. Jak wiadomo, plan się rypnął, ale opuszczając Polskę, taką miałam właśnie wizję.
Po miesiącu pobytu w Peru już wiedziałam, że moja wizja zostanie tylko wizją. Z perspektywy czasu, dziękuję Bogu, że tak się stało, ale wtedy już opłakiwałam wyjazd. Miałam bilet na za trzy miesiące, więc myślałam, że pobędę trochę tutaj, no i cześć, będziemy wracać, bo nie wyobrażałam sobie podróży z małym dzieckiem.
Pal licho z małym dzieckiem, ale ja przecież byłam sama z bagażami. Miałam prawie 40 kg rzeczy: wielki plecak, ten, który mam cały czas, nosidło plecakowe, wielką torbę, jeszcze jedną torbę i dwie reklamówki. Były to wszystkie rzeczy moje i Gai. Wliczając w to śpiwory i bardzo ciepłe kurtki, bo przecież w Peru w większości przebywałyśmy na wysokości ok. trzech tysięcy metrów. Wiedziałam już, że tam jest zimno bez względu na porę roku. Jest po prostu zimno bądź bardzo zimno.
I proszę pamiętać, Gaja miała wtedy 22 miesiące, no więc pampersy, kuchenka turystyczna do grzania jedzenia, jedzenie dla niej, miseczka do mycia rąk i na drobne przepierki… Wszystko, wszystko! Mnóstwo rzeczy miałam. Oczywiście ciuchy dla niej, bo wtedy wydawało mi się, że nigdzie na świecie ciuchów nie ma, tylko w Polsce.
Asia: Ten plan się rypnął, bo brakło mamony. Otóż wszystkie samochody, które ja z perspektywy Polski wyszukując na różnych stronach dostępnych w internecie typowałam do zakupu, zostały przez panów mechaników wyśmiane, a ja razem z nimi. Natomiast wszystkie samochody, które nadawały się na przełęcze cztery-pięć tysięcy metrów, były absolutnie poza moim zasięgiem. No i tutaj był pies pogrzebany. Z bólem serca musiałam po prostu ten plan odpuścić.
Asia: Tak, bo wyjeżdżając, brałam pod uwagę może nie tyle, że plan się rypnie, ile że Gaja może się nie przystosować, że może źle się tam czuć, może mi zachorować, że ja sobie nie poradzę z tym wszystkim. W tych wszystkich moich planach było bardzo dużo płynności i było bardzo duże pole do improwizacji. Zabezpieczyłam sobie tyły właśnie w ten sposób, że miałam bilet na za trzy miesiące.
Asia: Wyglądały bardzo źle, bo klimatyzacja w samolocie była tak mocno rozkręcona, że Gaja w zasadzie przyleciała już z bardzo zaawansowanym zapaleniem oskrzeli. Bardzo szybko u niej to poszło, bo to małe dziecko.
Pierwsze dni w Peru to było szukanie lekarza i szpital. Nie zostałyśmy w szpitalu tylko na moją wyraźną moją prośbę. Dostałyśmy antybiotyk i trzeba było trzymać kciuki, żeby Gaja jak najszybciej z tego wyszła. To była pierwsza tak poważna choroba w jej życiu.
Asia: Jechałam do mojej koleżanki, którą poznałam podczas pierwszej włóczęgi po Peru, do Kariny. Karina od zawsze mnie zapraszała. Pisała: „Asia, kiedy tylko będziesz w Peru, mój dom jest twoim domem, ile chcesz, możesz zostać!” Wiadomo, jak to w życiu bywa, życie pisze swój scenariusz. Akurat to był okres, kiedy w domu Kariny pojawiły się różne problemy, a dodatkowo kończyła wtedy studia. Dlatego też poprosiła, czy mogłabym na tydzień zatrzymać się gdzieś indziej. Ona sobie przez ten czas te egzaminy chciała ogarnąć, a potem miałam się do niej wprowadzić.
Tylko gdzie się zatrzymać z małym dzieckiem? Wtedy, mimo że dużo podróżowałam, nie brałam pod uwagę hosteli, wpadłam więc w lekką rozpacz. Ale, o dziwo, zadziałała sieć znajomych i trafiłyśmy do Polki, która zaprosiła nas do siebie. Również miała malutkie dziecko, w wieku Gai. Bez pomocy Dominiki, bo tak miała na imię, nie wiem, co bym zrobiła. Na tydzień zamieszkałam z Dominiką i bardzo dobrze wspominam ten czas. To było fajne, bo obydwie byłyśmy świeżo upieczonymi mamami z dziećmi w tym samym wieku. U Dominiki właśnie leczyłam Gaję. Umówiłyśmy się, że zostaję na tydzień, bo Dominika mieszkała w mikroskopijnym mieszkanku. Później, jak już Karina pozdawała egzaminy, zamieszkałam u niej. Tam również był maluszek w wieku Gai.
Asia: Nie, to nie takie proste. Tego wszystkiego było jeszcze za dużo, za dużo emocji było we mnie plus ogromne zmęczenie przez jetlag. Nowych rzeczy było tyle do ogarnięcia, że na razie po prostu utrzymywałam się na powierzchni, a co dopiero myśleć o jakichś samochodach. Zasoby sił samotnej matki są naprawdę ograniczone. Dopiero pod koniec pobytu u Kariny pomału zaczęłam rozglądać się z jej pomocą za pojazdem i wtedy zaczęło do mnie docierać, że coś z tym planem mi jednak nie wyjdzie.
Na skutek różnych dramatów rodzinnych, które się akurat zbiegły z moim pobytem, musiałam się od Kariny wyprowadzić. Dokąd? Do hostelu? Myślę sobie: nie, no rany boskie, nie, nie hostel! Błagam, błagam, nie hostel, ja nie ogarnę. Zresztą, kto mnie przyjmie z 22-miesięcznym dzieckiem do hostelu?
Wtedy znowu sieć dobrych ludzi zadziałała i skontaktowano mnie z niejaką Cecylią, czyli Peruwianką, która studiowała w Polsce w latach siedemdziesiątych psychologię. Cecylia, dobra dusza, przygarnęła nas do siebie, do pokoju, w którym nomen omen wisiał kalendarz z Krakowa otwarty na stronie z moim osiedlowym kościółkiem. Popatrzyłam na to i pomyślałam, że to jest dobry znak.
U Cecylii zostałyśmy na jakiś czas. Myślę, że tak spokojnie ze trzy, cztery tygodnie. Ja już pomału zaczęłam przebąkiwać, że trzeba wracać do Polski. Nie miałam pomysłu, jak ruszyć z moim dzieckiem w świat bez samochodu.
Ale żeby zupełnie tego czasu nie przesiedzieć w Limie, Cecylia skontaktowała mnie z Polakiem, Andrzejem Piętowskim, który prowadzi szkolę językową dla dzieci z wioski nad Kanionem Colca.
W ramach wolontariatu byłam gotowa na wszystko – mogłam ugotować, posprzątać, jakieś materiały przygotować, żeby coś z tym wolnym czasem zrobić.
Obydwie z Cecylią widziałyśmy tę sprawę bardzo podobnie, chciałyśmy, żeby zanim wrócę do domu, jeszcze się coś fajnego, pozytywnego wydarzyło. Ten Andrzej powiedział: „Aśka, z nieba mi spadasz, a masz papiery do nauczania? Ja nauczycieli potrzebuję!” Mówię: „No, mam, ale mam też córeczkę”, a on na to, że to nie przeszkadza. I tak oto z tym moim Gajonkiem wylądowałyśmy w Chivay – malutkiej wiosce na skraju Kanionu Colca i tam zaczęłyśmy nasz wolontariat. Po pięciu latach w drodze niezmiennie uważam, że to był najtrudniejszy etap z całej podróży.
Asia: Ten wolontariat. To był absolutnie najcięższy czas, natomiast nauczył mnie podróżować z dzieckiem. Oprócz pracy pięć dni w tygodniu, w weekendy organizowane były wycieczki dla nauczycieli. Dzięki temu mogłam sobie przećwiczyć podróżowanie z maluchem. Popełniłam wtedy mnóstwo błędów i super, bo się na tych błędach ciągle uczyłam. Tu czegoś zapomniałam, tutaj coś mi się zepsuło, tutaj czegoś brakowało, tego miałam za dużo i tak pomału zaczęłam nabierać wyobrażenia o tym, jak się z dzieckiem poruszać.
Tymczasem nadchodził nieubłaganie termin naszego odlotu. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej myślałam, że chyba chcę spróbować. To było bardziej takie przeczucie, że chyba wiem, że chyba jestem w stanie objąć te wszystkie problemy, trudy, zagadnienia, niespodzianki i po prostu ruszyć.
I pamiętam, nigdy tego nie zapomnę, jak siedziałyśmy sobie z Gajką w Cachora, to jest taka peruwiańska wioska, z której wyruszałyśmy na nasz pierwszy trekking. Siedzimy sobie, Gaja taka malutka drepcze koło mnie, kamyczki podrzuca, mówię: „Gajon, chodź tutaj”, bo akurat samolot leciał. Gajon przydreptał, a ja pokazałam jej ten samolot i powiedziałam: „Widzisz ten samolot? Pomachajmy mu, to jest samolot, który leci do Polski”. I pomachałyśmy. I odleciał samolot do Polski bez nas na pokładzie. I tak się zaczęła nasza podróż.
Asia: Wiesz, to się dość dynamicznie zmieniało. Wtedy miałam jeszcze starą nokię, telefon, który służył tylko do dzwonienia, ewentualnie wysłania SMS-a, natomiast do niczego innego.
Wtedy cały świat wirtualny – smartfony, aplikacje, blogi – w ogóle mnie nie dotyczył. Miałam mapę, miałam przewodnik, który przywiozłam z Polski i tyle.
Wyszukiwałam w tym przewodniku ciekawe miejsca w okolicy, które chciałam zobaczyć, no i później kombinowałam. Nie jakiś Booking.com, jak to teraz wszyscy robią. Ja tego nawet wtedy nie znałam.
Przyjeżdżałam na miejsce, rozglądałam się, pytałam ludzi wtedy bardzo jeszcze łamanym hiszpańskim, bo angielskiego w ogóle nie używałam, bo angielski równał się wysokie ceny. I bardzo łamanym hiszpańskim pytałam, gdzie jest jakieś tanie miejsce do spania. Później przybywałam i jeszcze na miejscu próbowałam stargować na niższą cenę, no i tak znajdowałam nam nocleg.
Asia: Bywało poniżej zera, a w dzień między 11 a 16 stopni, a nawet 20 stopni. Spałyśmy w śpiworach, byłyśmy przykryte kocami, nie rozbierałyśmy się do spania, to normalne. Czasem nawet zakładaliśmy sobie jeszcze kurtki, żeby tę noc przespać w sensownym, cieplnym komforcie. Nastawiałam budzik co godzinę, żeby wsadzić dziecku rękę za kołnierz i sprawdzić, czy się przypadkiem nie poci, bo jak się poci, to należało natychmiast dziecko przebrać, bo jak się zapoci, to wiadomo, że się przeziębi i będzie dramat.
Noce nieprzespane, co godzinę, półtorej budzik brzęczał, Asia otwierała oczka, półprzytomnie rączka myk za kołnierz, sytuacja dobra, myk – nastawiamy alarm za kolejne pół godziny i śpimy.
Rano była obowiązkowa kaszka, którą gotowałam. No bo coś trzeba było zjeść, zanim upolowałyśmy śniadanie. A trzeba było zjeść coś gorącego, bo było zimno, a więc najpierw kawa dla mamy, żeby się w ogóle spionizować, a potem woda na kaszkę dla Gajucha, żeby czymś ciepłym nakarmić, zanim znajdziemy coś sensownego do jedzenia.
Asia: Stwierdziłam, że się da już na wolontariacie, gdzie spałyśmy w hostelach. Zresztą, na wycieczkach również, więc miałam czas się oswoić.
Asia: Nas nie stać na osobny pokój, śpimy w dormitoriach, wynajmując jedno łóżko.
Asia: Nie mam porównania, ale myślę, że tak. Ale tu nie chodzi o sam aspekt wychowania, tylko o tę całą otoczkę, o te wszystkie zadania, które musi samotna kobieta w drodze wypełnić. Ja nie tylko jestem matką Gai i nie tylko ją wychowuje i dbam o jej zdrowie, ale jestem organizatorem, przewodnikiem, animatorem, nauczycielem, muszę ogarnąć nocleg, jedzenie i transport, dbać o to, aby nie zachorowała. Muszę przeczytać i opowiedzieć jej, gdzie jedziemy.
A od czasu, gdy zaczęłam pisać bloga, to jeszcze muszę znaleźć czas i na bloga i na social media, a ile to jest roboty, to ty wiesz najlepiej sama. Człowiek, który nigdy się tym nie zajmował, nie zdaje sobie sprawy, że głupia relacja, czyli InstaStory, która trwa raptem pięć minut, to godzina pracy.
Asia: Hmm… Gaja porównania nie ma, ja mam. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, co mi wrzucił mój wewnętrzny komputer, to, że czuję się w podróży jak ryba w wodzie, jest mi świetnie! Przypuszczam, że Gaja też czuje się w niej bardzo dobrze. To wszystko, co się wokół nas dzieje, jest dla niej naturalne, w tym wszystkim, co się dookoła nas dzieje, ona się świetnie odnajduje, nawet w takich sytuacjach jak pobudka o 3:00 w nocy i ewakuacja z pociągu. Gaja po prostu budzi się, u niej wszystko się momentalnie włącza, no, może czasem potrzebuje 30 sekund na wystartowanie, ale jest to błyskawiczne, bez płaczu i krzyku, po prostu się budzi i rusza w akcję.
Ona w takiej akcji, jak i w całym naszym podróżniczym życiu, ma przydzielone zadania –ja zabieram duży plecak i nasze dwa małe plecaczki, a Gaja w tym czasie ubiera się, wkłada buty, łapie swój mały plecaczek, gdzie ma pluszaczki i chodu – ewakuacja z pociągu. Ja wiele razy patrzyłam na nią z wielkim podziwem, jak ona w tym wszystkim dobrze się porusza. Od takich technicznych rzeczy, jak pobudka w środku nocy, gdzie większość dzieci zareagowałoby krzykiem, złym humorem i oporem, do takich sytuacji, jak wejście w nowe środowisko.
Oczywiście czasem wchodzi błyskawicznie, a czasem jej to zabiera parę minut dłużej, szczególnie gdy dorośli próbują zaskarbić sobie jej sympatię fizycznymi gestami, np. głaskaniem po głowie czy szczypaniem w policzek. To bardzo trudna sytuacja. Tzn. dorośli chcą być po prostu dla niej mili, ale w wielu kręgach kulturowych to działanie, które oznacza akceptację dziecka, przez Gaję jest odbierane jako atak na jej prywatność, atak na jej ciało.
A propos edukacji seksualnej – wiesz, ja Gaję od zawsze, odkąd wyruszyłyśmy w podróż, bo to wtedy zaczął się problem, ja ją uczę, że jeżeli ktoś ją dotyka i ona tego nie chce, ma natychmiast powiedzieć „nie”, ma wyciągnąć rękę z groźną miną i zaprotestować. I my zawsze, w zależności od kraju, uczymy się tego w lokalnym języku. Na przykład jedyne, co Gaja zapamiętała z Bahasa, czyli z języka, którym się posługiwałyśmy w Indonezji, to jest „jangan mengaiaya saya”, czyli „nie molestuj mnie”. To było pierwsze zdanie zaraz po „gdzie jest ubikacja?”, którego nauczyłyśmy się na pamięć. Tę frazę o molestowaniu stosowałam i ja, i Gaja. Ćwiczyłyśmy to wielokrotnie, po prostu „jangan mengaiaya saya” i ręka w przód wysunięta w międzykulturowym geście STOP.
Skutkowało, zresztą Gaja sama wielokrotnie widziała, jak to skutkowało. Oczywiście, zanim ona zaczęła takie działanie wprowadzać w życie, upłynął czas. Bo musiała sprzeciwić się autorytetowi dużego człowieka, jego dużym gabarytom i jego sporej czasem arogancji. Ile razy było tak, że Gaja wyciągała rękę i mówiła „Nie!”, a duży człowiek? Nie zważał na jej protest i dalej dotykał. Wiesz, dziecko wyciągało rączkę, mówiło „Nie, nie!”, a on jeszcze i jeszcze. I wiesz, ja wtedy wkraczałam do akcji, mówiłam: „Słuchaj, co robisz, przecież mówi wyraźnie, że nie, dlaczego tego nie akceptujesz?”. „A bo to jest dziecko” – odpowiadał człowiek.
Asia: W tych wszystkich naszych zmianach jedno było najważniejsze i niezmienne – mama. Zawsze byłam blisko, nigdy nie spuszczałam jej z oczu. Na początku oprócz wielkiego rejsowego plecaka miałam chustę i porządne, sportowe nosidło. Jeśli ten dzieciaczek koło mnie akurat nie dreptał albo nie spał, to siedział w chuście. W ogóle nie pamiętam, żeby Gaja się bała, żeby zdradzała oznaki jakiegoś lęku, stresu, czy niepokoju, nic w ogóle.
Ktoś mi tam zarzucił, hejterzy pewnie jacyś, że tęskniła za babcią, dziadkiem. Sytuacja była taka, że ja mieszkałam sama, oczywiście babcia, dziadzia przyjeżdżali. My jeździłyśmy do babci i dziadka, ale generalnie ja z Gają byłam sama, w innym mieście. W podróży wiele się zmieniło, ale ciągle byłyśmy w tej zależności jeden na jeden, więc ja zupełnie stresu czy lęku u niej nie pamiętam.
Asia: Zawsze podróż jest ciekawsza niż siedzenie w domu.
Asia: No tak, ale niektórzy myślą, że optymalne środowisko może być też poza domem. Ludzie są różni i to jest właśnie piękne.
Niektórzy wyjeżdżają z dzieciakiem w podróż, inni zostają w domu, inni podróżują tylko po Polsce. Co człowiek, to inny pomysł i każdy jest równie dobry.
Gdy urodziłam Gaję, to dotarło do mnie, że świat się skończył, najkrócej rzecz biorąc. Nic już nie będzie takie samo, przegrałam życie. Nie będzie podróży, nie będzie doktoratu – nie będzie nic. Nawet rodziny nie będzie, o czym zawsze bardzo marzyłam, zostałam sama z dzieciakiem, cześć, kropka, goń się. Teraz rola służącej, matki Polki i redukcja siebie do potrzeb dziecka.
Asia: Nie wiem, w którym momencie, ze skrajności „podróż niemożliwa”, zaczęłam się przesuwać w drugą stronę w kierunku „podróż możliwa, ale trzeba to zrobić z głową”. Podróż jako marzenie istniała we mnie od dawna. To był długi proces, trwał on półtora roku, więcej nawet.
Jak byłam w ciąży, widziałam, że moja relacja z ojcem Gai się sypie, chociaż nie sądziłam, że się zupełnie rozsypie. To nie było świadome, ja nie myślałam wtedy, że wezmę dziecko i pojadę, ale gdzieś we mnie takie impulsy krążyły. To był długi proces, nie była to decyzja z dnia na dzień. Miałam doświadczenie podróżnicze, zawsze podróżowałam niskobudżetowo, bo ucząc w szkole, chronicznie nie miałam kasy. Więc autostop czy spanie gdzieś w rowie przy autostradzie, w namiocie. Dla mnie samej to było okej, natomiast wiedziałam, że z dzieckiem to już niekoniecznie. Wiedziałam, że wtedy muszę się poruszać od hostelu do hostelu albo od domu do domu. Spanie w namiocie dla mnie – samotnej matki odpadało, ale głównie dlatego, że nie poradziłabym sobie z ciężarami, z ogarnięciem tego wszystkiego. Tak można zrobić, bo i ludzie tak robią, że jeżdżą np. rowerami i nocują pod namiotem. Co prawda nie znam wielu rodziców, którzy z dzieckiem jeżdżą autostopem, ale rowerami jeździ ich już całkiem sporo. Rozbijają sobie namiociki w środku niczego, później tam gotują, śpią, zbierają się i jadą. Natomiast nie znam żadnego samotnego rodzica, dokładniej samotnej matki, która uprawia taki styl podróżowania z maluchem, bo że samotny ojciec by sobie z tym poradził, to jestem pewna. Mięśnie jednak robią swoje.
To, co mnie zabija w tym podróżowaniu, to ilość ciężarów, które ja muszę ogarniać. Ciężary, dźwiganie, plecak, nosidło, Gaja. Ja miałam codziennie po dwadzieścia kilo na grzbiecie, bo jeśli nie niosłam plecaka rejsowego, który akurat leżał u hosta, to niosłam Gaję w nosidle.
Asia: Że to było najlepsze 5 lat mojego życia, naprawdę.
Na tę chwilę jestem tak wdzięczna losowi, sobie i wszystkim bogom tego świata, że jednak znalazłam w sobie gdzieś tę siłę, zrobiłam ten krok, kupiłam bilet, spakowałam nas i wsiadłam do tego zakichanego samolotu, bo naprawdę te 5 lat to jest czysta, żywa magia, coś fantastycznego!
Asia: Gaja ma 7 lat, ale my się uczymy, w zasadzie, odkąd się urodziła. Może przesadziłam, ale proces edukacji jest u nas procesem ciągłym, od zawsze. Literek uczyłyśmy się po drodze, ot, na przykład siedząc w Tikal pod majańską piramidą (to jest na naszym najbardziej znanym filmiku), gdzie jej układałam literkę A z listków i patyków i pytałam: „Gajciu, co to jest za literka?” Wszędzie się można uczyć, a u nas zawsze było to na poważnie.
Jak miała 3 latka, to już pomału pracowałyśmy na książkach, rysowałyśmy, uczyłyśmy się cyferek, szlaczków. Takie proste aktywności w formie zabawy. Teraz de facto pierwszą klasę mamy już przerobioną, natomiast prawnie jesteśmy w pierwszej klasie. Jest fajnie, uczymy się troszkę podwójnie, bo trochę z drugiej klasy też już przerabiamy.
Asia: To będzie jeden z pierwszych tekstów na naszym blogu, jakie teraz po Chinach chciałabym napisać – właśnie jak sobie radzić z edukacją w podróży. Przez dłuższy czas ta moja edukacja to była edukacja „na dziko”, dlatego że w związku z ustawą, która została wprowadzona za kadencji PiS-u, musiałam wrócić do Polski, by dziecko oficjalnie wpisać do edukacji domowej. Nie wrócę jednak na jeden dzień do Polski z drugiego końca świata tylko po to, by złożyć wizytę w poradni, a potem w szkole. Nie stać mnie na to ani emocjonalnie, ani czasowo, a przede wszystkim finansowo. Podjęłam decyzję: jedziemy, trudno, uczymy się normalnie w drodze, a jak któregoś dnia wrócimy do Polski, to będziemy szukać rozwiązań. A może nie wrócimy, zobaczymy, co to życie przyniesie.
Teraz się tak wszystko dynamicznie zmienia na świecie, że nie wiadomo, co w przyszłości nas czeka. Najważniejsze dla mnie było i jest to, żeby Gaja się po prostu uczyła, a czy jest w szkole, czy nie jest w szkole – nie ma takiego znaczenia. Program nauczania jest ogólnie dostępny, wiadomo, co dziecko powinno umieć po pierwszej klasie, co ma umieć po drugiej, a co po trzeciej klasie. Ja mam jeszcze to ułatwienie, że wśród osób, które są naszymi sympatykami, jest pani psycholog dziecięca, z którą od początku wyjazdu – bo jakoś tak na początku nas los zetknął – jestem w kontakcie. Mam od niej wielkie wsparcie oraz różne wskazówki, kiedy różne problemy, czy wątpliwości mnie dopadają. Wśród osób, które śledzą naszą podróż, jest także mój opiekun społeczny.
Czasem jak „życzliwi” straszą mnie opieką społeczną, to myślę sobie: „mhm, opieka społeczna doskonale wie, co ja robię”. To jest fajne, bo ten blog zgromadził bardzo przyjaznych, światłych i otwartych ludzi. Ja sobie szalenie moich Czytelników cenię, bo tyle, ile rad, wsparcia czy pomocy od nich dostaję, to głowa mała. Ja na tym blogu nic nie zarabiam, natomiast to, co ten blog daje, to są naprawdę fantastyczne spotkania z genialnymi ludźmi, którzy stają na mojej drodze i to jest coś, co ja sobie niezwykle szanuję. I z tego miejsca strasznie Wam wszystkim dziękuję za Waszą obecność, uważność, za wsparcie moralne, a także finansowe.
Odkąd mam na blogu zakładkę „wsparcie”, a tam numer konta, Czytelnicy od czasu do czasu wrzucają tam parę groszy dla nas z często przesympatycznymi uwagami, np. „na lody dla Gai” albo „na ciepły prysznic”, albo „rozpierd…cie to, na co chcecie”. Uwielbiam tych ludzi, naprawdę uwielbiam! Gdyby nie ta podróż, nie ten blog, przecież nigdy bym ich nie poznała!
Asia: Odwagi! Odwagi, odwagi, po prostu odwagi! Odwagi w byciu z dzieckiem, w byciu sobą, w spełnianiu marzeń! Aż się chce powiedzieć „Nie lękajcie się!”. Odwagi, naprawdę, odwagi!
Dużo rzeczy, które robimy, albo których nie robimy, jest podszyte lękiem – albo spowodowane lękiem. My sami sobie często podcinamy skrzydła, abstrahując już od tego, jak nam je podcinają inni – ale my na to pozwalamy.
Ten element lęku tak bardzo się przewija w życiu ludzi, a szczególnie w życiu samotnych matek! Uwierz, my jesteśmy osłabiane z wielu stron, jesteśmy osłabiane, bo nie mamy partnera, męża, bo nas zostawił.
My jesteśmy gorsze, my się do niczego nie nadajemy, jesteśmy takimi ułomnymi półczłowieczkami. Mamy sto procent obowiązków więcej plus często ciężar finansowego utrzymania siebie i dziecka, do tego wmawiają nam, że jesteśmy zerami, a tak nie jest!
Lęki często nas przygniatają, obcinają skrzydła i sprawiają, że z czasem się zmieniamy. Nasze wnętrza szarzeją, gorzkniejemy i smutniejemy. Budzimy się rano i myślimy: „Boże trzeba wstać”. Gdy czytam, co dziewczyny do mnie piszą, to myślę, że każda historia jest inna, ale tyle podobnych elementów w tych naszych życiach jest, więc odwagi, odwagi i jeszcze raz odwagi – w byciu sobą, w byciu z dzieckiem i w sięganiu po marzenia!
Pracujesz lub chcesz pracować zdalnie?
Czytaj więcej o podróżach z laptopem:
Sprawdź kursy i e-booki dla cyfrowych nomadów: