2 czerwca 2014 roku. Wyjeżdżamy z Bartkiem z Polski. Wsiadamy w nocny autobus do Berlina, skąd następnego dnia łapiemy lot na hiszpańską Fuerteventurę. Mamy ze sobą w sumie dwa duże plecaki i dwa małe. W dużych ubrania. W małych laptopy i kilka gadżetów, odtąd wyposażenie naszego przenośnego biura. Nie jedziemy na zwykłe wakacje. Zamierzamy jednocześnie pracować i podróżować. Ja jako copywriter piszę i prowadzę małą agencję copywitingową Odiseo, Bartek jest programistą. Oboje pracujemy zdalnie, więc czemu nie z pięknych miejsc na świecie? Tak rozpoczyna się przygoda, która teraz trwa już ponad 10 miesięcy. Przez ten czas byliśmy na Wyspach Kanaryjskich (Fuertaventura, Gran Canaria, Teneryfa), w Hiszpanii, Portugalii, znów przez chwilę na Fuercie, a od kilku miesięcy jesteśmy za wielką wodą. Przylecieliśmy do Meksyku. W międzyczasie na kilka tygodni byliśmy też w amerykańskiej Kalifornii skąd wyjechaliśmy starą Toyotą Land Cruiserem do Todos Santos, na południu meksykańskiej Baja California Sur. W marcu jesteśmy w Oaxaxa, w Puerto Escondido, a w kwietniu ruszamy do Chiapas. 26 kwietnia 2015 r. Przekraczamy granicę Gwatemali.
Jest z nami pies, którego wzięliśmy z meksykańskiego schroniska i nasza smoczyca, czyli leciwa Toyota Land Cruiser, nasz pojazd i nasz dom.
Jeśli będziemy mieli szczęście i pracy nie zabraknie, to będziemy tak podróżować aż do Ziemi Ognistej, na południowym krańcu Chile.